Bez frazesów, patologii i obłudy – 707


27 grudnia 2015 22:30



Wieloosobowa wspólnota miłości i życia.

Jak mówić o rodzinie (wspólnocie), żeby znów nie ulec takiej pokusie, by po raz kolejny nie wyciągnąć zza pazuchy katalogu zagrożeń i patologii? Ale też nie raczyć nikogo frazesami, które zawsze są odpadkiem myśli i produktem rozkładu, co zauważył Gabriel Marcel. W jaki sposób wyposażyć umysł i czym, by patrzeć na siebie, na swoją rodzinę – jaka by ona nie była – z Bożej perspektywy. By rozpamiętując to co w niej doświadczyłem ani od Boga się nie oddalić, ani nie katować siebie wspomnieniami, jeżeli są one bolesne. Ale też – jeżeli wszystko układało się pomyślnie, by jej nie ubóstwić, by nie zastąpiła, zasłoniła Boga; bo przecież nie uczynił tego Wcielony Bóg, ani z Maryją, ani z Józefem – nie przygniótł ich Swoim majestatem – o czym dobitnie świadczy fragment z Łukaszowej Ewangelii:

po krótkiej wymianie zdań poszedł z Maryją i Józefem i był im posłuszny. Zwrócił jedynie uwagę, że był tam, gdzie być powinien i z Tym, który Go posłał.

Gdy patrzymy na siebie, jako na tych, którzy są wcieleniem ludzkiej fascynacji, miłości, to jaki to ma wpływ na moją relację z Bogiem i z tymi, z którymi na co dzień się spotykam pod jednym dachem, bo tutaj niestety, czai się pokusa zbanalizowania tej obecności, zarówno mojej, jak i  tych ukochanych. Iluż to ludzi zarzeka się, że wszystko co robią, to robią z myślą o swojej rodzinie i paradoksalnie, te więzi się coraz bardziej rozluźniają. Jak, w związku z tym angażować się w to, co jest na zewnątrz, by po powrocie nie stać się kimś obcym? Jak nawiązywać relacje z dziećmi, by po ich wyjściu z domu jeszcze bardziej pokochać męża i żonę, jeszcze bardziej odkryć najgłębszy sens tej pierwotnej miłości, tego źródła, z którego dzieci przyszły na świat. I jaki to ma wpływ w końcu, na to moje oczekiwanie na ostateczne, i wieczne spotkanie z Bogiem. Czy raczej, w gąszczu tej bieganiny, krzątaniny, zabieganiu o to co ważne, z każdym dniem – zamiast konsolidować swoją osobowość – jestem w coraz większym proszku.
Maryja i Józef nie zrozumieli odpowiedzi Jezusa. Czy jest w nas odwaga, by tak jak oni zgodzić się na to, że wiele słów, które kieruje do nas Jezus, jest dla nas aż nadto niezrozumiałe i  boleśnie trudne do przyjęcia. Czy to nie jest ten miecz, który przeszywa serce, o którym wspomniał Symeon, gdy witał Świętą Rodzinę w świątyni? Czy ta chęć kontrolowania wszystkiego, zapobiegania temu co ma się wydarzyć, a o czym jestem przekonany, że na pewno nastąpi…, to czytanie podręczników: jak wychować?, jak wykształcić? jak nabyć zdolność komunikacji…, zarządzania kryzysem…, stresem…, itd. – czy to nie czyni nas kalekami?   Co prawda intelektualnie jesteśmy sprawni ale czy to wystarczy, by spojrzeć na człowieka, z którym żyję jak na dar? Czy czasami gdy nie mogę zasnąć, wstaję by…  nie szukać na siłę snu, ale usiąść i pokontemplować mojego synka, czy moją córeczkę, popatrzeć w innym świetle na ich oddech?  Kiedy ostatnio zdobyłem się na prosty gest wzięcia w swoje ręce dłoni tego/ tej, któremu/ której ślubowałem wierność? Czy ta prostota i zawarta w niej głębia są już dla mnie nieosiągalne? Kiedy ostatnio przygryzłem język, żeby o to jedno słowo więcej nie powiedzieć? Lepiej już, nie tyle przełknąć ślinę ile wypluć i niech to będzie taki symboliczny gest odrzucenia tego co wstrętne, i obleśne…, bo chyba żadna sfera ludzkiego życia, jak właśnie ta związana z cielesnością, intymnością, nie doczekała się tylu wulgarnych przedstawień, tzw. kawałów. Czy przypadkiem nie dokładam od siebie pięciu, a może nawet dziesięciu groszy?
Rodzina to – jak mawiają mądrzy – wieloosobowa wspólnota miłości i życia. To w pełnym tego słowa znaczeniu: Na ile dzielę się ta miłością i życiem, z tymi, których otrzymałem?  Bo to nie jest do końca tak, że sam sobie wybrałem i wziąłem – jak się wybiera produkt zwykłego użytku w supermarkecie, drugi człowiek nie został mi dany po to, by go traktować płasko, prymitywnie. Czy to nie jest ten miecz, który przeszywa serce? Bo tam gdzie jest miłość i życie, tam również jest i cierpienie, związane chociażby z troską o dochowanie wierności, miłości, by być rzeczywiście tym, za kogo wcześniej się podawałem…, że cię  nie opuszczę, że będę przy tobie, bez względu na okoliczności.     
Każdy z nas jest punktem skupiającym uwagę innych. Gdy patrzę na moją rodzinę, w której się wychowałem, najczęściej z jakim wzrokiem się spotykałem? Czy on dawał mi życie, czy śmierć? Czy pozwalał mi pokonać trudności, czy raczej piętrzył przede mną kolejne – nie do pokonania?  Jeżeli tak było, to co powstrzymuje mnie przed wyrwaniem się z tego zaklętego kręgu oskarżeń, by tych, których jak mniemam kocham, rzeczywiście darzyć innym spojrzeniem, dającym życie i nadzieję?

52 Jezus zaś czynił postępy w mądrości, w latach i w łasce u Boga i u ludzi.

Wklejono z <http://jerozolimska.pl/Biblia/Lk/2.html>

Prośmy Ducha Świętego, abyśmy i my wzrastali w tym samym, i aby ci nam powierzeni dzięki nam mieli ułatwione zadanie, by stawać się mądrzejszymi – głęboko przeżywającymi swoją relację z Bogiem i z ludźmi – osobami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *